Napisane przez: Hanuś | 2012/05/25

Płyniemy z Meksyku do USA, do Key West na Florydzie

Po 36 dniach postoju w Puerto Morelos Katharsis II w końcu pożegnała się z mariną El Cid i poczuła wiatr w żaglach. W niedzielę 6 maja 2012 o godzinie 1330 oddaliśmy cumy i obraliśmy kurs na północ. Na pokładzie był Mariusz, Tomek i ja. To początek naszej wędrówki ku lodom Arktyki. Zanim tam dotrzemy minie wiele tygodni, które poprzedzi pobyt w USA i Kanadzie, jednak opuszczenie Meksyku stanowiło pożegnanie z tropikami i symboliczne rozpoczęcie kolejnego etapu w historii Katharsis II. Ciężko zostawiać ciepłe klimaty i widok palm, dlatego na pierwszy amerykański port Mariusz wybrał Key West na Florydzie. Tutaj mieliśmy zmierzyć się z amerykańską biurokracją, przekonać się czy nas wpuszczą celnicy i urzędnicy imigracyjni i rozpocząć przygodę z Ameryką Północną.

Do pokonania mieliśmy raptem 350 mil morskich. Początkowo płynęliśmy blisko lądu, żeby oglądać Jukatan z wody. Z fasonem, pod pełnymi żaglami, przepłynęliśmy koło Isla Cancun. Jest to jeden z pierwszych w tym rejonie kompleksów turystycznych, gdzie niemalże na samej plaży, jeden przy drugim, wyrastają ogromne hotele. Po oddaleniu się od linii brzegowej, tuż za Isla Mujeros wpadliśmy w koryto Golfszromu, który pomimo słabnącego z każdą godziną wiatru pozwalał nam utrzymać dobre tempo i mile do celu szybko ubywały. Poza prędknością Prąd Zatokowy dam nam jeszcze inne prezenty, a mianowicie z jego ciepłych wód udało nam się wyciągnąć dwa dorodne tuńczyki, które zapewniły nam wyżywienie do końca tego krótkiego rejsu. W poniedziałek na lunch zjedliśmy carpaccio, a jako danie dnia na stole zawitało sushi. Czas szybko nam zleciał i zanim się obejrzeliśmy przed nami ukazała się Floryda. W Conch Harbour – jedynej odpowiednio głębokiej dla nas marinie w Key West, zacumowaliśmy we wtorek 8 maja o godzinie 1145. Nie zwlekając, od razu rozpoczęliśmy procedury związane z odprawą. Amerykanie są nieco przewrażliwieni, jeżeli chodzi o chronienie swoich granic i przyjmowania gości, więc nie chcieliśmy podpaść w żaden sposób. Mariusz zadzwonił do właściwych służb i dowiedział się, że wszyscy musimy się stawić w Urzędzie Miasta – z paszportami, wizami, bez telefonów komórkowych. Celnicy zastrzegli także, żeby przynieść całą świeżą żywność. Aż nam się serca krajały na myśl oddania wszystkich przepysznych warzyw i owoców nakupowanych jeszcze w Meksyku. Pomidory naprawdę pachnące i smakujące pomidorami, ananasy i mango, których aromat roznosił się po całej łódce i inne cudowności miały wpaść do kosza, a je miały zastąpić „plastikowe“ i bezsmakowe z tutejszego marketu? O nie!!! Przed wypłynięciem zrobiliśmy zaopatrzenie, które miało zapewnić nam prowiant na co najmniej dwa tygodnie. Ale nie chcąc narażać się na gniew amerykańskich urzędników zabraliśmy ze sobą wszystko. Zostało to razem z nami prześwietlone przez skanery – takie jak na lotniskach. Po przejściu przez bramki dotarliśmy do biura celników i urzędników imigracyjnych. Był duży ruch i główną uwagę zwróciły na siebie jachty, które przypłynęły z Kuby, z którą USA ciągle pozostaje w konflikcie. Nas szybko, bez szczególnych problemów odprawiono. Mariusz przed wyjściem zapytał tylko czy jeszcze ktoś do nas na jacht zawita, czy już jesteśmy po wszystkich formalnościach. Urzędnik, który umawiał się właśnie na wizytację na jachcie, który przybył z Hawany, stwierdził, że jesteśmy wolni. Mariusz, Tomek i ja rzuciliśmy porozumiewawcze spojrzenia na siebie i podnieśliśmy z podłogi siatki z warzywami i owocami, pożegnaliśmy się serdecznie, przeszliśmy koło stanowiska ochrony i wyszliśmy z tej twierdzy niosąc nasze skarby. Stwierdziliśmy, że zachowaliśmy się zgodnie z wytycznymi urzędników – przynieśliśmy ze sobą świeżynkę, poddaliśmy kontroli, a że nikt później nas o to nie pytał, to po prostu zabraliśmy wszystko na jacht. Bardzo byliśmy zadowoleni z faktu, że odprawa była tak sprawna, a urzędnicy przyjaźnie nastawieni.

Napisane przez: Mariusz | 2012/05/25

Podwodny świat jaskiń na Jukatanie – Cenotes

Mariusz:

Po ekscytujących nurkowaniach na Kajmanach i w Belize nie nastawialiśmy się specjalnie na nurkowanie w Meksyku. Na Cozumelu przeźroczystość wody nas zaszokowała. To zapewne wpływ silnego Prądu Zatokowego (Golfsztromu). Niestety w Parku Narodowym nie można nurkować bez pozwoleń, a do tego Hania cierpiała na zapalenie ucha, więc z żalem zrezygnowaliśmy z nurkowania.
Za to na samym Jukatanie nie odpuściliśmy tutejszym atrakcjom. Do takich należą tutejsze cenotes, czyli naturalne studnie krasowe. Dzięki nim Majowie mieli stały dostęp do słodkiej wody gruntowej. Na Jukatanie szacuje się ich ilość na 30 000. Wiele nie zostało jeszcze odkrytych. Czasem zdarza się, że jakiś farmer wpada do szczeliny, bądź zapada się pod nim ziemia i mamy odkryte nowe cenote. Wiele z nich jest wejściem do całych systemów podziemnych jaskiń, częściowo bądź całkowicie zalanych wodą. Niektóre już spenetrowane mają długość ponad 100 km. Ponieważ poziom wody w tych zalanych wapiennych jaskiniach był kiedyś dużo niższy, dzisiaj możemy oglądać w nich typowe wytwory krasowej rzeźby: stalaktyty, stalagmity i kolumny.
Nasz pierwszy kontakt z cenotes miał miejsce w drodze powrotnej z Coba. Roma z Kubusiem cały czas namawiali nas do wejścia do studni, gdyż raz już mieli przyjemność zanurkować w tej chłodnej wodzie. Weszliśmy do Gran Cenote, niedaleko od Tulum w celu ochłodzenia się. Mieliśmy ze sobą tylko maski, ale i to wystarczyło by zauroczyć nas. Woda zdawała się mieć nieograniczoną przeźroczystość. Od razu nastąpiło skojarzenie z obrazami zeszłorocznego filmu Griersona – „Sanctum“.
Dopiero po powrocie do Meksyku mogliśmy zejść pod wodę. Hania zaleczyła ucho i dołączył do nas Tomcio. Udaliśmy się do Dos Ojos (Dwoje Oczu) – systemu jaskiń, który mierzy 56 km. Właściciel lokalnego centrum nurkowego zaskoczył nas znajomością Kapuścińskiego, ktory jest jego jednym z ulubionych autorów. Poszliśmy pod wodę dwa razy z naszą przewodniczką – Moniką. Pierwszy nurek był w płytkiej wodzie w jaskiniach (cavern), w których zawsze widać światło. Drugi, bardziej tajemniczy zrobiliśmy w Jaskini Nietoperza (Bat Cave). Cave od cavern różni się tym, że jest całkowicie pozbawiona światła zewnętrznego. Emocji nie brakowało, zwłaszcza po zgaszeniu latarek.
Następnego dnia udaliśmy się do odkrytego zaledwie 2 lata temu The Pit (Dziura). Był to tym razem głęboki nurek na 35 metrach. Studnia przypominała Belizyjski Blue Hole, dla odmiany z niesamowitą przeźroczystością wody. Tajemniczości w pobliżu dna dodawała warstwa mgły powstała z siarczanów, z której wystawała gałąź powalonego drzewa. Łuny porannego światła przedzierające się w gląb studni dodawały boskości temu miejscu. Hania stwierdziła, że było to mistyczne przeżycie i jeden z najlepszych nurków w jej życiu. Wszyscy byliśmy w dużym szoku po wyjściu z wody. Ostatniego nurka zrobiliśmy w Dreamgate. Przez godzinę przebywaliśmy w absolutnych ciemnościach. Niesamowite wrażenie.
Ponurkowalibyśmy jeszcze z pewnością, gdyby nie presja czasu. Przed nami prawie 2000 mil do Newport w USA, gdzie chcemy zrobić dwutygodniowy przegląd przed wypłynięciem w arktyczne wody. Czas niestety pożegnać Meksyk.

Napisane przez: Mariusz | 2012/05/20

Miasta Majów w Meksyku

Mariusz:

Będąc w meksykańskiej części Jukatanu chcieliśmy zobaczyć pozostałości miast Majów w tym regionie. Jeszcze z całą ekipą pojechaliśmy pierwszego dnia pobytu w Puerto Morelos do Tulum. Niestety spóźniliśmy się o kilka minut i żadne argumenty nie podziałały, by móc tam wejść. Dopiero po powrocie z Polski pojechaliśmy tam ponownie z Tomkiem. Tym razem kilka godzin przed zamknięciem. Największa różnica między Belize a Meksykiem to liczba turystów. Kiedy w Belize mogliśmy rozkoszować się intymnością przeżyć, tutaj niemal musieliśmy rozpychać się łokciami, by cokolwiek zobaczyć.
Tulum nie jest robi takiego wrażenia jak wielkie miasta Caracol czy Tikal. Nie mniej wyróżnia się tym, że jest jedynym znanym miastem Majów położonym przy samym nabrzeżu. Jest to niezwykle fotogeniczne miejsce. Niestety, ze względu na hordy turystów nie można już wejść do Castilio czy nawet na skarpę, z której roztacza się fantastyczny widok na Castilio na tle morza. Tulum reprezentuje ostatni okres (postklasyczny 1100 – 1500 r.n.e) w historii cywilizacji Majów. Miasto to funkcjonowało jeszcze w czasie podboju kontynentu przez hiszpanów i było miejscem schronienia rebeliantów (Majów) pod koniec XIX wieku.
Całą ekipą udało nam się jednak dotrzeć do Coba. Był to ważny ośrodek w okresie klasycznym historii Majów, położony wśród jezior. W Coba odkryto około 6000 budynków i system dróg łączący ją z licznymi miastami Majów, w tym z Chichen Itza. Jedna z dróg miała ponad 100 km długości i 10 metrów szerokości. Postanowiliśmy wspiąć się na najwyższą z piramid – Nohoch Mul. Musieliśmy pokonać 120 stromych schodów, by móc delektować się widokiem z jej szczytu – 42 metry ponad podłoże. Było cholernie gorąco i nie mając kapelusza założyłem na głowę futerał od aparatu. Wyglądałem trochę debilnie, ale przynajmniej nie dostałem udaru. Tak łatwo można w tych rejonach zapomnieć się i całkowicie odwodnić.
Z najważniejszych miejsc została nam do zobaczenia jeszcze Chichen Itza. Jest to wyjątkowe miejsce, w którym do perfekcji została wykorzystana wiedza astronomiczna Majów. Najwieksza z piramid – Świątynia Kukulkana usytuowana jest w taki sposób, że dwa razy w roku – w dzień równonocy, podczas zachodu słońca cień zachodniej ściany piramidy pada na jej schody w taki sposób, że przypomina połzającego węża. Tysiące ludzi przyjeżdża wtedy, by ten efekt zobaczyć. Imponujące wrażenie pozostawia również największe boisko Majów. Nigdzie indziej nie można zobaczyć tyle, tak dobrze zachowanych zdobień na ścianach budowli. Unikalnym miejscem jest także Świątynia Tysiąca Wojowników otoczona niezliczoną ilością kolumn. Świetnie zachowały się do dziś i przypominają raczej greckie budowle. Nie żałowaliśmy tej wycieczki, mimo tłumów, upału i konieczności spędzenia kolejnego dnia w samochodzie.

Napisane przez: Hanuś | 2012/05/20

Puerto Morelos

Marina w Puerto Morelos okazała się idealnym miejscem na miesięczny postój Katharsis II – bezpiecna, spokojna, osłonięta od wiatru, z wiecznie świecącym słońcem. Na początku kwietnia na łódkę wrócił Tomek, by pełnić na niej wachtę aż do końca miesiąca, podczas Mariusz i ja pojechaliśmy do kraju. Po dwóch świętach Bożonarodzeniowych i trzech Wielkanocnych spędzonych ostatnio na łódce bardzo cieszyłam się na święta z rodziną w Polsce.

Napisane przez: Hanuś | 2012/05/19

Meksyk – Cozumel i Jukatan

Z Turneffe na Cozumel, gdzie Mariusz postanowił popłynąć, mieliśmy do pokonania zaledwie 200 mil morskich. Ten krótki dystans, pomimo bezwietrznej pogody, udało nam się pokonać bardzo szybko – w dobę z małym haczykiem. A to za sprawą płynącego z nami prądu – Golfsztromu, który pomagał nam prawie przez całą podróż, a przed Cozumelem osiągnął prędkość 3 węzłów. Kotwicę rzucaliśmy już po ciemku, widząc światła głównej miejscowości na wyspie – San Miguel. Na drugi dzień rano bardzo pozytywnie zaskoczył nas kolor wody. Pomimo, że staliśmy przy sporym mieście, będącym głównym ośrodkiem turystycznym na wyspie, woda była idealnie przeźroczysta o obłędnie niebieskim kolorze.
Pobyt w Meksyku zaczęliśmy oczywiście od formalności związanych z odprawą. Tym zajął się Mariusz, a reszta załogi zabrała się do szorowania pokładu. W hiszpańskojęzycznych krajach Ameryki Południowej i Łacińskiej załatwienie odprawy to często niełatwe zadanie. W Meksyku wymaga to odwiedzenia wielu urzędów i dodatkowo znajomości hiszpańskiego, dlatego Mariusz zdecydował się skorzystać z usług agenta, żeby usprawnić i przyspieszyć cały proces. Gdy wolno nam już było zejść na ląd, to ruszyliśmy na zwiedzanie San Miguel. Nie wyszukiwaliśmy jednak muzeów i zabytków, raczej skupiliśmy się na spacerwaniu po kolorowych uliczkach i delektowaniu się margeritą (typowy meksykański drink z tequilą, limonkami i innymi dodatkami – w zależności od wariacji) oraz specjałami tutejszej kuchni.
Po dwóch dniach aklimatyzowania się w Meksyku u wybrzeży Cozumelu, przenieśliśmy się na ląd, na Półwysep Jukatan. Mariusz wyszukał spokojną i dobrze osłoniętą marinę przy Puerto Morelos – Marina El Cid. Gdy Katharsis stała bezpiecznie zacumowana przy kei, my wypożyczonymi samochodami zwiedzaliśmy wschodnie wybrzeże meksykańskiego Jukatanu. Jest to miesjce bardzo skomercjalizowane, z mnóstwem hoteli, restauracji, sklepów z pamiątkami i kręcącymi się wszędzie turystami. Playa del Carmen z pewnościa jest jednym z centrów przemysłu turystycznego na Jukatanie ze wszystkimi jego atrakcjami, czyli deptakiem z restauracjami, plażą z kolorowymi barami oraz mnóstwem przeróżnych sklepów przyciągających rzesze przyjezdnych. Ma ona z pewnością swój urok i jak dla mnie jest to miłe miejsce na popołudniowy spacer z kolacją. Z pewnością całe wakacje w tym miejscu mogłyby niejedną osobę zmęczyć, w tym mnie, ale na krótki wypad świetny punkt. Ale poza zatłoczonymi miejscami można też zażyć mniej turystycznego Meksyku. Na jednej z bocznych szos zatrzymaliśmy sie w przydrożnym barze, nastawionym chyba na lokalną klientelę. Nasza obecność wzbudziła trochę zainteresowania, ale udało nam sie zjeść typowy obiad – kurczaka lub rybę z pastą z czarnej fasoli, wypełniaczami w postaci ryżu, makaroku i surówek oraz obowiązkowe tacos, czyli małe placuszki z mąki kukurydzianej, w które zawija się kawałki mięsa i inne dodatki. Ceny z pewnością nie były turystyczne, gdyż za pięć porcji kurczaka z dodatkami, tacos i świeżo przygotowanymi salsami zapłaciliśmy 150 pesos. Dla porównania w Playa del Carmen cena głównego dania dla jednej osoby wynosi około 200 pesos (50 złotych). Wszystko było smaczne i podane bardzo wykwintnie, niemniej dla chigieny układu pokarmowego i w celach profilaktycznych każdy z nas wypił po kileiszku czystej Tequili. Oczywiście nie łażenie po knajpach było głównym celem naszych wycieczek. Wspinaliśmy się na piramidy Majów i kąpaliśmy w słynnych tutaj Cenotes, ale to już temat na inną historię.

Napisane przez: Hanuś | 2012/05/19

Blue Hole na Lighthouse Reef i Turneffe Islands

W naszym harmonogramie zwiedzania Belize został jeszcze do zaliczenia jeden istotny punkt – nurkowanie na Blue Hole. Jest to coś w rodzaju krateru. W czasie zlodowaceń poziom wody obniżył się odsłaniając rafę. Słodka woda obmywająca rafę doprowadziła do wytworzenia się form typowych dla jaskiń – stalaktytów i stalagmitów. Rafa w wyniku zmian klimatycznych została ponownie zalana morską wodą, dzięki czemu mamy obecnie przepiękny atol Lighthouse. W jego wnętrzu, z wyniku zapadnięcia się lub uderzenia meteorytu, powstał krater o średnicy około 400m i głębokości 110m. Blue Hole można porównać do studni, w której dodatkowo na głębokości około 39m. znajdują się komnaty ze stalaktytami i stalagmitami.

Był to nasz cel po wypłynięciu z Placencii, którą opuściliśmy 21 marca wraz z promieniami wschodzącego słońca. Na Lighthouse Reef dotarliśmy popołudniu, gdzie od razu zeszliśmy pod wodę na znanym nam już nurkowisku – Aquarium koło Long Caye. Dla części ekipy (czyli wszystkich poza Mariuszem, Tomkiem i mną) było to spotkanie z nowym, które bardzo się spodobało. Na drugi dzień, gdy słońce było już wystarczająco wysoko, by oświetlać podwodne przeszkody w postaci pojedynczych koralowców na płytkiej wodzie, rozpoczęliśmy przeprawę Katharsis II na Blue Hole. Momentami głębokość pod kilem spadała raptem do kilku centymetrów, dlatego płynęliśmy wolno, rozglądając się dookoła. Turkusowo-błękitna woda w lagunie to przepiękny widok. Jednak fenomen, jakim jest Blue Hole spotęgowało nasze zachwyty. W pewnej odległości zarysował się na lazurze granatowy okrąg. Najpierw było podziwianie tego tworu natury z powierzchni wody, a nawet wysokości masztu, a potem skok z akwalungiem pod wodę. Był to specyficzny rodzaj nurkowania – mianowicie nurkowanie głębokie. Mariusz przygotował profil nurkowania i zaplanował cały pobyt pod wodą. Na nurka zdecydowaliśmy się zejść w pięć osób, poza Mariuszem, Kuba, Tomek, Jsarek i ja. Urokiem tego nurka jest zanurzanie się przy pionowej ścianie w granatową czeluść i oglądanie form skalnych. Nie ma tu bogatego życia podwodnego – ani zwierząt ani kolorowej rafy. Spotkaliśmy jednego żółwia i barakudę, ale nie o podziwianie kolorów tu chodziło, a raczej zobaczenie wielkiej jamy w morzu. Było co najmniej interesująco.
Po powocie na kotwicowisko przy Long Cay Jarek poszalał na kitesurfingu, a Iwona, Monica i Michał plażowali na brzegu tej niewielkiej wyspy.
Zanim ruszyliśmy do Meksyku, trzeba się jeszcze było odprawić w Belize City. Tutaj też wysadziliśmy Tomka, który z pobliskiego lotniska złapał samolot do kraju. Wyskoczył na kilka dni do Polski.
Po załatwieniu formalności w Belize City, w drodze na północ, zatrzymaliśmy się na jeden dzień przy innym belizyjskim atolu – Turneffe Islands. Mi niestety zapalenie ucha umiemożliwiło zejście pod wodę, ale Mariusz z Romką, Kubą i Jarkiem zaliczyli piękne nurki przy Elbow. Południowa, dobrze oświetlona ściana rafy, pozwoliła im w bardzo przeźroczystej wodzie podziwiać mieszkające tam krewetki, homary, kraby, mureny i inne stworzenia. Na Turneffe Islands Atol zakończyliśmy nasszą przygodę z Belize i pożeglowaliśmy na północ do Meksyku.

Napisane przez: Hanuś | 2012/05/19

ostatnie dni w Placencii

Po długim pobycie w Placencii nasze wakacje w tym uroczym miejscu dobiegały końca. Po tym jak dołączyli do nas Romka z Kubą, Iwona z Michałem i Monica z Jarkiem spędziliśmy tu jeszcze dwa dni. Po za wycieczką w głąb Małpiej Rzeki raczyliśmy się urokami nadmorskiej miejscowości turystycznej. Nie obeszło się bez wizyty w sklepie z pamiątkami i obiadu z rum punch’em w barze na plaży.

Napisane przez: Hanuś | 2012/05/13

poza miastami i wioskami

Podczas pobytu w Belize udało nam się także spotkać paru czteronożnych oraz skrzydlatych mieszkańów. Dżungla i rzeki przecinające jej gęstwiny są domem dla wielu zwierzaków. Mariusz zabrał całą naszę ekipę na wycieczkę w głąb Małpiej Rzeki. Płynąć wzdłuż jej brzegów mogliśmy podglądać krokodyle, zółwie, jaszczury i przeróżne piękne ptaki w ich naturalnym środowisku. Nasz przewodnik rzeczny zabrał nas w gląb dżungli. Spacer niesamowity, chociaż komary chciały nas zjeść żywcem. Warto było, gdyż pierwszy raz w życiu widziałam wyjce, które wcześniej słyszałam w Panamie w kolicach Colon. No i te piękne widoki – dzikie i tajemnicze chaszcze, a zza nich dopiegające przedziwne odgłosy…
Przyjezdni mają swoje drzewo w Belize. Jest nim gumbolimbo – drzewo turysta. Zostało tak nazwane, gdyż mieszkańcom przypomina skórę turystów po dwóch dniach pobytu – czerwona i łuszcząca.
Ciekawostką są lasy sosnowe w tropikach, czyli Mountain Pine Ridge Forest. Na obszarze ponad 400 kilometrów kwadratowych, po przejściu jednego z odnóży rzeki Macal, między 400 a 700 m.n.p. zaczynają się połacie porośnięte drzewami iglastymi. Niesamowite wrażenie zrobiło na mnie przechodzenie z jednego pasma w drugie. Najpierw przedzieraliśmy się przez dżunglę – parną, gorącą, dudniącą dzikimi odgłosami. A po przekroczeniu rzeki i wspięciu się kolejne kilka metrów pod górę otaczał nas szum lasów i owiewał orzeźwiający wiatr. Poczułam się jak w naszych Tatrach.

Napisane przez: Hanuś | 2012/05/11

Autobusem na południe Belize

Gdy rzucamy kotwicę, zawsze mam ochotę poznać to Nowe lub sprawdzić co słychać w odwiedzanych już kiedyś kątach. Obie sytuacje są równie ekscytujące. Nie ma mowy o znudzeniu się poznawaniem. Zawsze coś mnie zaskakuje, cieszy i daje nowe doznania.
Gdy zatrzymujemy się na kilka chwil, to można tylko „liznąć“, poczuć zapach i zapisać w pamięci parę drobiazgów, które będą się z tym postojem kojarzyły.
Gdy zakotwiczymy na dłużej staram się poczuć klimat danego miejsca, przyjrzeć się ludziom, którzy tam mieszkają, bo to przecież oni tworzą rzeczywistość w danym zakątku ziemi. Czasem nawet na niewielkim wycinku naszego globu, często bardzo podobnym ze względu na klimat, ukształtowanie terenu, krajobraz, możemy odnaleźć różne światy. Takim miejscem z pewnością są Karaiby. Wiele wysp, wydawałoby się, że podobnych – rajskie krajobrazy, lazurowa woda i słońce na niebie, jednak bardzo się między sobą różnią. Jedne są bardziej europejskie, cywilizowane, zawładnięte przez globalizację, inne wciąż jakby dzikie i naturalne. Każda ma swój urok i z pewnością nie da się ich wrzucić do jednego worka podpisanego „Karaiby“.
Jukatan znowu dał duże urozmaicenie, a Belize szczególnie. I tą różnorodność dają właśnie ludzie. Społeczeństwo tworzy tutaj aż trzynaście różnych grup etnicznych. Najliczniejszą są metysi, którzy wraz z kreolami stanowią ¾ społeczeńśtwa. Co dziesiąty mieszkaniec Belize jest potomnkiem Majów, a co 12 Garifuna (potomek Karibów, Arawaków i afrykańskich niewolników sprowadzonych do pracy na plantacjach). Swój dom znaleźli tu także Marmonowie (4%). No i jak chyba wszędzie na świecie spotkać można także Chińczyków, którzy opanowali handel. Ciężko trafić do sklepu ogólnospożywczego, nazwijmy go marketem, którego nie prowadziłby Chińćzyk (no chyba, że jest to wioska Majów, głęboko na południu Belize). Mnie najbardziej zainteresowali rdzenni mieszkańcy Ameryki Środkowej – Indianie Yucatec, Mopan i Kekchi. Kultura Majów, ich tysiącletnie miasta oraz jaskinie, będące miejscem obrzędów niezwykle pobudzają moją wyobraźnię. Od razu nasuwają mi się refleksje na temat człowieka – co stworzył, w jakim celu, do czego jest zdolny… W tej podróży, podczas pobytu w Belize, zależało mi nie tylko na poznaniu atmostery miejsca, ale także, a może nawet przede wszystkim, na zrozumieniu i poznaniu historii Majów. Podobne pragnienia ogarniały mnie podczas pobytu na Wyspie Wielkanocnej. Te cywilizacje tak bardzo fascynują.
Moja mała wyprawa na południe Belize, to próba skonfrontowania historii i współczesności. Z jednej strony ruiny starych miast, a z drugiej obecnie żyjący Majowie – w swoich wioskach z domami z dachami pokrytymi liśćmi palmowymi, kulturą, tradycjami i poczuciem odrębności.
Moim punktem wypadowym była Placencia, skąd taksówką wodną dostałam się na drugą stronę laguny do Independence. Tam złapałam autobus do Punta Gorda. Jednak nie odrazu tam pojechałam. Wysiadłam na szosie koło drogowskazu do Nim Lu Punit. Najpierw mój wzrok przykuły domy, jakby wyjęte ze skansenu. Jednak nie było to żadne muzeum, tylko najprawdziwsza wioska, w której mieszkają Majowie. Przywitała mnie na wpół rozebrana Indianka, która robiła poranną toaletę w źródle pod rozłożystym drzewem. Muszę przyznać, że byłam oszołomiona, gdyż dopiero co przyjechałam z Placencii (niecałe dwie godziny drogi), gdzie jest mnóstwo turystów, hoteli, bary na plaży, sklepy z pamiątkami, WiFI, etc., a tu taki folklor. Po prawie kilometrowej wędrówce pod górę dotarłam do ruin miasta Nim Li Punit. Początkowo byłam jedyną zwiedzającą. Miałam całe to niezwykłe miejsce tylko dla siebie. Stele skrywające tajemnicze zapiski Majów, grobowce, będące być może domem dla dusz królów tutejszego rodu, pozostałości po domostwach, boisku do gry, tylko mi opowiadały swoje historie. Gdy już zbierałam się do wyjścia przyjechała dwójka turystów z belizyjskim przewodnikiem. Chciałam zachować uczucie prywatności i ruszyłam dalej, by nie dzielić się z nikim moim Nim Li Punit. Przy głównej drodze zjadłam wyśmienite tacos i złapałam kolejny autobus jadący na południe. Po przesiadce w Dump dotarłam do San Pedro Columbia. Jest to wioska zamieszkała głównie przez Indian Kekchi. Większość zabudować stanowią tradycyjne domy z dachem z liści palmowych. Przewędrowałam przez wioskę i udałam się do ruin miasta Lubaantum. Znowu czekał mnie spacer pod górę. Po drodze mijałam Indianki, które na matach porozkładane miały swoje rękodzieła – wyplatane kosze dziegane maty, rzeźbione maski. Jakby minikramy z pamiątkami. W museum Lubaantum przywitał mnie Santiago. Uczestniczył przy prowadzonych tu odkryciach archeologicznych i od wielu lat zajmuje się tym miejscem. Poświęcił mi dużo czasu opowiadając o wierzeniach Majów, ich języku, symbolice, roślinach i także o sobie i rodzinie. Od swojej matki nauczył się wypalać naczynia i figurki z gliny. Zajmuje się tym do dziś, tworząc repliki (miniaturki) przedmiotów wydobytych w Lubaantum. To była bardzo miła pogawędka. Z Lubaantum wróciłam do San Pedro Columbia, by złapać połaczenie do kolejnej wioski Majów– San Antonio, zamieszkałej przez Indian Mopan. W tutejszym sklepie (prowadzonym przez Majów) znowu załapałam się na lekcję historii. Tym razem wykład tyczył się kalendarza Majów. Od młodego sprzedawcy dowiedziałam się także, że jeśli pojadę do San Antonio, to tego samego dnia nie uda mi się już dostać do Punta Gorda, gdzie miałam zorganizowany nocleg. Robiło się późno i nie chciałam po zmroku poznawać bezdroży Toledo, a poza tym ciekawa byłam Punta Gorda. Miejsce okazało się mniej interesujące niż ukryte wśród palm domki Majów, ale położenie nad samych morzem broniło to miejsce.
Dużo pisałam o ludziach, a zdjęć jest niewiele. A to dlatego, że Indianie nie lubią jak się ich fotografuje. Jak widzą aparat, to jakby odruchowo odwracają głowę. Nie chciałam ingerować w ich prywatność i w żaden sposób ich urazić. Raz niechcący to zrobiłam. Fotografując pejzaż wioski uchwyciłam jadącego w oddali rowerzystę. Mieszkaniec San Pedro Columbia miał o mnie o to pretensje i muszę przyznać, że zrobiło mi się przykro i bardzo się później pilnowałam. Pustki wokół domów na zdjęciach, nie oznaczają, że nikt tam nie mieszka, tylko, że domownicy nie lubią padać ofiarą natrętnych turystów (oczywiście nie uważam się za takiego, ale uszanowałam ich uczucia).

Dwudniowy wyskok, a ja bardzo poważnie do tego podchodzę i gdzieś w środku ta wycieczka ma dla mnie duże znaczenie. A to dlatego, że poprzedziły ją trudne wydarzenia i było to chyba moje pożegnanie z Kubą.

Napisane przez: Mariusz | 2012/05/09

Odkrywanie Xib’alb‘a – podziemnego świata Majów

Mariusz:

Szacunek i strach przed gniewem bogów zrodziły krwawy rytuał składania ofiar. Dowody obrzędów wyryte są na licznych muralach i obeliskach. Przewodził im zazwyczaj władca, rozpoznawany przez celowo spłaszczane czoło, tak by mógł nosić swój ciężki i dostojny strój, mocowany na głowie.
Kopalnią wiedzy o wierzeniach Majów jest ich mitologia – Popol Vuh. Przekazywana z ust do ust została w końcu w 1578 roku przeniesiona na papier przez „anonimowego Maja“. Jedna z części opisuje wędrówkę braci Junaipu i Ixb’balanke do Xib’alb’a – Hadesu Majów i ich walkę z władcami podziemnego świata. Może dlatego Majowie wybrali mroczne zakamarki jaskiń na miejsca dokonywania swych rytualnych obrzędów.
Udało nam sie postawić stopę w trzech jaskiniach. Przeurocza Rio Frio leżąca w pasmie Gór Sosnowych ze względu na swą wielkość nie skrywa tajemnic. U jednego z jej wejść natknęliśmy się jedynie na mały ołtarz.
Prywatne jaskinie Cave Branch kryją w swych wnętrzach wiele dowodów na obrzędy Majów. Nie są odwiedzane przez więcej niż kilka osób dziennie i dzięki temu wszystkie archeologiczne pozostałości można niemalże dotknąć. Znaleziono w nich dowody na rytualne poświęcanie dzieci. Domniema się, że poświęcenie pierwszego narodzonego dziecka dawało gwarancję płodności i obfitości. Obrzędy wykonywane były w trudno dostępnych komnatach, do których wejście chroniły podwodne rzeki i wodospady.
Do jaskini Actun Tunichil Muknal także dostęp utrudnia woda. Została ona odkryta dopiero w 1988 roku. By do niej wejść musieliśmy kilkakrotnie brodzić przez nurt rzeki, wpłynąć do niej, przeciskać się przez wąskie szczeliny, wskrabywać na wilgotne ściany. Okupiliśmy to utratą Hanulkowego Nikona, który nam całkowicie zamókł. Ale dotarliśmy do komnat nie tylko z rytualnymi naczyniami, ale i ze szczątkami ludzkimi. W ATM znaleziono 14 szkieletów: w tym sześć dzieci poniżej trzeciego roku życia. Nie zostały one pochowane, tylko złożone w miejscu zaszlachtowania. Obok kilku pozostawiono nawet noże i siekiery z obsydianu (kamień półszlachetny, bardzo twardy). Dookoła rozbite naczynia gliniane – ponoć część obrzędów.

Starsze pozycje »

Kategorie

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.